wtorek, 12 lipca 2011

I po balu...

No niestety... okazuje sie, ze i Niemcy moga cos organizacyjnie skopac i bal wcale nie byl wspanialy i cudny.
Moze nastepny bedzie lepszy... w koncu zycie toczy swoj garb uroczy i za chwile moze nas spotkac cos pieknego i to w kazdym wieku. Warto wiec zyc.
Powinnam co prawda dzis biadolic, bo mam skrecona noge, a niedlugo wyjazd do Polski, ale co tam... nie bede sie martwic. Na razie macham w domu szwedkami i popedzam wszystkich do roboty. znalazlam sobie nawet fajne miejsce kierownicze na dwoch krzeslach. Marta juz ma wakacje i obiecala pomagac. Trzymam ja za slowo.
I jeszcze jedna fotka z wczoraj, ktora wahalam sie wstawic, bo na niej, oprocz Martusi jestem ja - po prostu mama.

4 komentarze:

  1. no,to lacze sie w bolu :) :) ja o kulach od 9 tygodni,jeszcze ze 3 i w koncu sie ich pozbede :)
    Slicznie wygladacie :) :) a bal.....jak piszesz...jeszcze bedzie niejeden :)

    Pozdrawiam Was :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ano bol jest i to wcale nie maly :))) Choc z drugiej strony... to fajnie wreszcie, ze ktos si Toba choc troszke zajmuje, a nie zawsze ja nimi :)))

    OdpowiedzUsuń
  3. hihi,no nie???? zdrowka Ci zycze i oby sie noga jednak szybciutko wygoila :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dzieki... i Tobie tez. Mam tylko nadzieje, ze jakos bed funkcjonowac w PL, ale i tak z wielu planow musz zrezygnowac. Mialam zamiar zrobic sobie trase wspomnieniowa niebieskim szlakiem po roztoczu... buuuuuu.

    OdpowiedzUsuń