Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rak. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 grudnia 2010

Jestes zdrowa coreczko

Dzis bylismy w klinice. Marta ma wyniki dobre, wiec jesli chce moze wrocic do szkoly.
Niestety sama sie przekonala dzis, ze z jej kondycja nie jest jeszcze najlepiej, wiec nie ma sie co spieszyc i lepiej odczekac ze 2 tygodnie, tym bardziej, ze to zaraz swieta, a jeszcze przed swietami czeka ja dzien w klinice na kontrolne badania, dzien na badanie tomografem komputerowym. Pozostaje tez sprawa wyciagniecia portu, jeszcze nie wiemy kiedy to nastapi.
Czas wrocic do normalnosci i do tego bedziemy dazyc. Wprowadzamy zakazane dotad jedzonko, zaczynamyy  chodzic z Marta wiecej i po sklepach i na spacery. W domowe obowiazki wlaczyla sie juz wczesniej, wiec tu nie ma problemu.
 Po tym polrocznym koszmarze jest tez czas zeby pomyslec o jakims solidnym wypoczynku w wakacje i cos zaplanowac. To, ze przyjedziemy do Polski to pewne, ale marzy nam sie jeszcze wypoczynek w cieplejszych rejonach swiata.
Dziekuje wszystkim, ktorzy byli z nami w ten trudny czas za dobre slowa otuchy, za modlitwe i za kazdy usmiech. A mnie osobiscie nasuwa sie wniosek, ze przez chorobe Marty wiem teraz dokladnie kto kim jest wokol nas.
A tym, ktorzy omijali nas szerokim lukiem,badz udawali, ze nic nie wiedza... chce powiedziec, ze rak nie jest zarazliwy, ani wbrew nazwie nie gryzie, a obojetnosc ... owszem.
Mysle, ze Marta tez dokladnie juz wie na kim moze polegac, a na kim nie. Wie tez, jak wazne jest wsparcie najblizszych, ich milosc i ich troska i jesli kiedys stworzy swoj dom, to na pewno bedzie on pelen ciepla i milosci. A ze stworzy taki dom... to pewne.
Wlasciwie to juz prawie koniec pisania tego bloga.
Konczy sie optymistycznie i chcialabym, zeby osobom dotknietym choraba nowotworowa niosl nadzieje, ze rak to nie wyrok, ze mozna sie wyleczyc.
Trzeba wierzyc i chciec, choc to nie zawsze wystarczy . Najwazniejsze bowiem jest obserwowac siebie i wszelkie zmiany, ktore nam sie nie podobaja konsultowac z lekarzami, zeby w miare wczesnie, o ile zajdzie taka koniecznosc, moc poddac sie leczeniu. Leczenie moze nie jest najlatwiejsze i do przyjemnych ne nalezy, ale ratuje zycie.
A wszystkim na nadchodzace swieta zycze tylko .... DUZO ZDROWIA!!!

wtorek, 3 sierpnia 2010

Jestesmy w domu

Dzis wrocilismy do domu z Martusia. Teraz tylko w piatek czeka nas jedna strzykawa chemii, ale tylko pojedziemy i tego samego dnia wrocimy i potem w przyszlym tygodniu jedziemy na jeden dzien i jedna noc. I to bedzie koniec drugiej serii.
Marta szczesliwa, ze juz jest w domku i na kolacje zjadla niesamowita ilosc foccacii. To ciekawe, bo w szpitalu przez 5 dni prawie nic nie jadla :)
W ogole to lekarze nie moga sie nadziwic, ze tak dobrze znosi chemie. Sa tez zadowoleni, ze kulki na szyi zniknely w tak szybkim tempie. Mam nadzieje, ze te wewnatrz rowniez znikna rownie szybko.
Dzis w pokoju Marty pojawila sie mala Kiki. Ma okolo 4 - 5 lat i rowniez ma nowotwor. Nie wiem jaki, ale chyba cos powaznego, bo jutro prawdopodobnie czeka ja jakis zabieg.
Kiki jest niesamowita. Z wielka powaga opowiada jak bedzie sie czesala, kiedy odrosna jej dlugie wlosy, bo krotkich to ona nie chce. Rozumie, ze musi miec chemie i dzielnie znosi wszelkie zabiegi przy niej. Nie moze tylko jesc. Cala buzie ma zainfekowana i przelykanie sprawia jej bol.
Dlatego tak wazna w czasie chemii jest dbalosc o zeby i mycie ich po kazdym posilku oraz zakrapianie specjalnego srodka przeciwgrzybicznego do ust. Marta robi to przewaznie czterokrotnie przez dzien, a i tak miala male ranki.
Wiadomo jest tez, ze chemia bardzo wysusza skore trzeba wiec ja codziennie natluszczac balsamami.

Marte w domku rozpiera energia. Ale zaraz przyjdzie nasz czas na pieszczotki i przytulania, koncze wiec na dzis pisanie.
Widze, ze coraz wiecej osob nas czyta i nas poznaje, zapraszam wiec do komentowania.
Bedzie nam milo Was tez poznawac, bo Martusia rowniez czytuje tego bloga.
Zapraszam.

wtorek, 20 lipca 2010

20 07 2010

Dzis mielismy ustalona wizyte w klinice. Najpierw jak zwykle pognalismy do Kinderlaboru ( laboratorium dzieciecego), zeby zrobic wyniki krwi. Robi sie to natychmiastowo. Lekkie uklucie w palec, pobranie krwi, rozmazanie jej na szklanej plytce i wsadzenie w jakas dziwna maszynerie, ktora po chwili drukuje wyniki. A wyniki dzis super. Od badania prawie tydzien temu, leukocytow przybylo podwojnie. Tylko sie cieszyc.
Potem pognalismy do polikliniki i p. doktor spytala o samopoczucie, wybadala guzki, ktore znacznie sie zmniejszyly, obejrzala usta, podniebienie. Niestety sluzowka szorstka i na ustach zrobila sie opryszczka. Dostala stosowne leki i jesli stan sie pogorszy musimy na oddzial. Mam nadzieje, ze nie bedzie takiej potrzeby. Marta musi po prostu zwiekszyc dbalosc o higiene jamy ustnej i ciagle ja pucowac i smarowac przepisanymi mazidlami.
Upaly u nas straszne i to tez dobrze nie wplywa na samopoczucie Marty. W dodatku grzeje jej sie lepetynka pod czarna chusteczka, a o jasnej kolorowej jakos nie chce slyszec. Mam nadzieje, ze sie ochlodzi w koncu i bedzie jej lzej.
Dzis po myciu znow mniej wloskow na glowie, ale moje dziecie jest silne i juz nie placze nad wlosami, a raczej sama smieje sie ze swojego wygladu. I tak jest sliczna, a w tym zgrabnym lepku jeszcze bardziej rzucaja sie jej wielkie, zielone oczyska. A wlosy... co tam... jak wyzdrowieje ... odrosna i to ponoc jeszcze piekniejsze :)

wtorek, 6 lipca 2010

06 07 2010

Nie wytrzymalam i weszlam na forum o ziarnicy. Duzo ludzi zdrowieje, zaklada rodziny, dziewczyny rodza dzieci. Ale przeciez wiadomo, ze Ci ktorzy nie wyszli z tej choroby, nie napisza o tym. Ciezko czytac o ludzkim bolu i nieszczesciu. Ale sa tez radosne posty. Te czytam z nadzieja i wiara, ze moja coreczka tez pokona ta paskudna chorobe.

Marte dzis rano troche brzuch bolal, ale pewnie z powodu wczorajszego przejedzenia. Jadla wszystko jak zwariowana. Ale co sie dziwic, jak przez piec dni odzywiala sie glownie kroplowkami. Nie miala checi na nic i sam widok jedzenia powodowal u niej odruch wymiotny. W domu staram sie spelniac jej zachcianki i gotowac to co chce. Oczywiscie tylko te produkty, ktore moze jesc i odpowiednio przyrzadzone.
Dzis jej kulki na szyi sa w ogole niewidoczne. Czytalam, ze po pierwszej chemii juz moga sie schowac, ale potem moga znow sie pokazac. W kazdym razie jest szczesliwa, a ja tego szczescia nie bede psuc.
Chyba jej wloski szykuja sie do odejscia, bo rosna jej wszedzie jak zwariowane, zwlaszcza rzesy, wloski na nogach.
Trudno. Dzis zrobila sobie fotke w swojej peruce, zeby zobaczyc, jak bedzie potem wygadala. Teraz wyglada slicznie, bo makijaz, piekne brwi i rzesy, ale potem to juz nie bedzie takie cudne. Przygotowuje ja na to i jak na razie spokojnie to przyjmuje.
Podobno wlosy wypadaja po ok. 20 dniach od pierwszej chemii. Jednym po troszku, a inni budza sie z wlosami na poduszce.
Jutro jedziemy do kliniki na chemie, ale jeszcze jutro wracamy do domu.
To przedostatnia chemia z tej serii. Potem dwa tygodnie przerwy.

Wlasnie w TV mowia, ze leki na raka maja nie byc refundowane. To okropne. Przeciez to jak uslyszec wyrok, bo ludzi wielokrotnie nie stac na tak drogie leki. Ciesze sie, ze mieszkamy w Niemczech i ze Marta tu sie leczy.